Efekt Raju Utraconego
Kultura w jakiej się wychowaliśmy wpływa na nas dużo bardziej, niż jesteśmy gotowi zauważyć. Jest dla nas tak oczywista, jak woda dla ryby, zwykle nie jesteśmy więc w stanie nawet zdać sobie sprawy z tego, gdzie i kiedy pojawia się ten wpływ.Wpływ jest tym potężniejszy, im bardziej pierwotny. Widać to zwłaszcza po mitach – niby je odrzucamy, niby traktujemy je niepoważnie, a jednak w taki czy inny sposób przejawiają się one w naszym funkcjonowaniu.

Jednym z takich bardzo potężnych mitów jest mit Raju Utraconego. Kiedyś byliśmy w Ogrodzie Edenu i wszystko było idealnie. Potem zgrzeszyliśmy i teraz musimy cierpieć, chyba, że uda nam się zmazać z siebie ten grzech. Oczywiście, wszyscy poza fundamentalistami zgodzą się, że to po prostu mit, niektórzy powiedzą wręcz, że kolosalna bzdura. A potem pójdą i w innej dyskusji zaczną się zachowywać idealnie zgodnie z tym mitem.

Jak przejawia się w praktyce Efekt Raju Utraconego?

Założeniem, że ludzie są w jakimś kontekście – zdrowia, długowieczności, psychiki, itp. idealni, tylko gdzieś po drodze popełnili błąd i nie działają tak jak by chcieli. Ale wystarczy ten błąd skorygować i już będzie ok!

Widzimy to w wielu dyskusjach. Wegetarianie tak udowadniają, że ludzie nie nadają się do jedzenia mięsa. Freudyści szukają grzechu pierworodnego w chuci małego dziecka do ojca lub matki. W zasadzie każda działka zajmująca się ludzkim zdrowiem ma swoje założenie o tym, co musi zostać naprawione, żeby potem było ok.

No, przesadzam. W końcu standardowo musi dojść do kontrreakcji, więc pojawiła się też druga opcja, mówiąca, że jesteśmy idealni tacy jacy jesteśmy, po prostu musimy to zaakceptować lub otworzyć się na to.

Biologiczne fakty są jednak inne. Nie jesteśmy idealni. Nigdy nie byliśmy. Ani raczej długo ni będziemy, przynajmniej do czasu gdy nauczymy się tworzyć genetycznie nadludzi.

Nie jesteśmy idealni. Jesteśmy wystarczająco dobrzy.

To ogromna, kluczowa wręcz różnica.

Jesteśmy dziećmi ewolucji. Kultura w której się wychowujemy uczy nas o tym zapominać, uczy nas, że jesteśmy wyjątkowi, ale koniec końców, jesteśmy dziećmi ewolucji.

A ewolucja nie celuje w ideały, a w wystarczająco dobre rozwiązania.

Ideały są po prostu nieopłacalne. Co więcej – ideały wymierają tam, gdzie dostatecznie dobrzy mają szansę na zmianę.

Tygrys szablozębny był niemal idealnym myśliwym polującym na mamuty. Mamuty wymarły. Tygrysów szablozębnych też już jakoś nie uświadczysz. Ideał okazał się za drogi.

W porównaniu z tym, ludzie są po prostu dostatecznie dobrzy. A to niesie za sobą istotne konsekwencje.

Oznacza to m.in. że nie ma dla nas diety pozwalającej idealnie zabezpieczyć nasze zdrowie i długowieczność – bo od początku gramy znaczonymi kartami. I tak zdecydowanie żyjemy dłużej niż „wystarczająco dobra” średnia zapewniająca urodzenie i wychowanie kolejnego pokolenia. Tak, nasz system trawienny nie jest tak idealnie dopasowany do trawienia mięsa jak u mięsożerców. Nie jest też tak idealnie dopasowany do trawienia roślin, jak u roślinożerców. Bo nie musi być idealny – jedynie wystarczająco dobry. Jeśli oznacza to, że za 40 czy 50 lat efekty uboczne tej nieidealności będą dla kogoś śmiertelne, to ewolucyjnie jest to jak najbardziej w porządku – bo pozwoliły przetrwać wystarczająco długo. Wystarczająco dobrze.

Oznacza to też, że nie ma możliwości ostatecznego naprawienia naszej głowy, serca i duszy i doprowadzenia do stanu, gdzie już na zawsze będziemy idealni. Bo system, w ramach którego funkcjonujemy na świecie również nie jest idealny, jest po prostu wystarczająco dobry. A to oznacza, że jakkolwiek wiele w sobie nie zmienimy i nie naprawimy, w każdym momencie mamy możliwość wpadnięcia w kolejne błędy systemu. Nie, żeby były one aż tak częste. Biorąc pod uwagę, że cały nasz system jest dopasowany do potrzeb sawanny sprzed 100.000 lat, są wręcz cudownie rzadkie. Ale są. I będą.

Jakie jest w związku z tym zadanie i sens rozwoju osobistego i zmiany osobistej? Jaki jest sens coachingu czy terapii? Czy w ogóle jest jaki sens, skoro niczego nie da się zmienić do końca?

Sądzę, że tak. Po prostu cel się nieco zmienia. Zamiast jednorazowego „wyczyszczenia” problemów, celem staje się danie ludziom narzędzi do tego, żeby na bieżąco potrafili sobie radzić z kolejnymi problemami, gdy się pojawią, oraz pomoc im w zbudowaniu większej świadomości tego jak funkcjonują i czemu czasem zachowują się zupełnie inaczej niż by chcieli. Oczywiście, pozostaną też sytuacje, gdzie potrzebna będzie interwencja dotycząca konkretnego problemu czy celu, ale długoterminowe zadania mocno się zmieniają.

I wiesz co, tak czy tak, poradzimy sobie z nimi. Nie idealnie, jasne.

Po prostu wystarczająco dobrze.

Bo cokolwiek można powiedzieć o naszej rasie, jedno jak dotąd jest bardzo prawdziwe – przetrwaliśmy. I przetrwamy wszystko, z czym się spotkamy. Tacy już jesteśmy.

Fabrycznie.